Vanlife uzależnia szybko

To będzie krótki tekst  o tym jak wymiana oleju zatrzymała nas w jednym miejscu na równy tydzień.

Od początku wyprawy zrobiliśmy już ponad 7000 kilometrów. Był to więc czas, w którym wypadało wymienić olej i filtry w Bobim. W końcu jest to nasz członek rodziny i trzeba o niego dbać tak dobrze jak o nas samych. Akurat byliśmy w Hiszpanii, a że znajomy znajomego tu mieszka, postanowiliśmy nawiązać kontakt i poprosić o pomoc w ogarnięciu warsztatu, który taką wymianę oleju nam zrobi. Przyjechaliśmy do znajomych znajomych, którzy szybko stali się naszymi znajomymi. Van poszedł do mechanika, a jak wrócił to się popsuł. Jako, że to nie tekst o usterkach w Bobim, to nie będę się rozpisywać co się stało, ale finalnie musieliśmy na miejscu zostać tydzień.

Szczęście w nieszczęściu

Szczerze nie moglibyśmy wymarzyć sobie lepszej opcji na popsucie się auta. Mieliśmy gdzie mieszkać, mieliśmy  ciepły prysznic, łóżko, a do tego Zdzicha, który nam pomógł z językiem. Gdyby nie to, musielibyśmy dodatkowo płacić za jakiś nocleg i tak naprawdę, z mega trudem dogadalibyśmy się z jakimkolwiek mechanikiem, bo tu w Hiszpanii znając angielski to tak jakbyś znał chiński, no nie przyda ci się.

Z vana w cztery ściany

Tutaj z góry chcę bardzo podziękować naszym najlepszym w całej Orihueli gospodarzom Gabrysi i Zdzichowi. Ugościli nas przemiło. Pokazali Murcię, pobliskie plaże i Terravieja. Umilali swoim towarzystwem nasze wieczory. Dali własny pokój, a nawet własną łazienkę. Żyć nie umierać. Ale my jednak trochę umieraliśmy, a bardziej, żeby nie być takim dramatycznym, tęskniliśmy. Pierwsze dwa dni były bardziej niż ok, ale później zaczęło nam czegoś mocno brakować. Brakowało nam bycia w drodze, ciągłej zmiany krajobrazu gdy się budzisz, posiłków na plażach, czy w lasach. Brakowało nam Bobiego. Wcześniej nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak ten sposób podróżowania, a może już po trochu nawet życia, wrósł w nas.

Powrót na swoje

Kiedy w końcu zadzwonili, że Bobi jest gotowy do odbioru, radość była przeogromna. Kiedy znów mogliśmy do niego wsiąść, ruszyć w dalszą drogę, byliśmy szczęśliwi chyba nawet bardziej niż w dzień rozpoczęcia podróży. W końcu znów byliśmy w domu, naszym małym domu na kółkach. Tak nam brakowało naszego trzeciego członka wyprawy, że mamy nadzieję, że była to nasza pierwsza i ostatnia taka rozłąka. I tylko jeszcze jedna sprawa zaczęła nam dzwonić coraz mocniej w głowie. Jeśli tak przeżyliśmy tydzień życia w domu, to co będzie, kiedy wrócimy, kiedy będziemy musieli osiąść, znów znaleźć pracę i mieszkać w domu, z tym samym widokiem co dzień? Przeraża nas to bardzo, ale póki co staramy się o tym zbytnio  nie myśleć, przecież nasza podróż wciąż trwa, a obiady zjemy jeszcze w wielu pięknych miejscach.

 

Autor: Aneta Borowski

Related Posts